„Szkolne ulice to konkretna zmiana, którą możemy wprowadzić tu i teraz”

Agnieszka Krzyżak-Pitura, ekspertka ds. mobilności miejskiej i prezeska Fundacji Rodzic w Mieście

Wywiad z Agnieszką Krzyżak-Piturą.

Jak poprawić bezpieczeństwo dzieci w drodze do szkoły? Dlaczego warto ograniczać ruch samochodowy wokół placówek? Jakie zmiany można wprowadzić w swojej miejscowości? O tych kwestiach rozmawiamy z Agnieszką Krzyżak-Piturą, ekspertką ds. mobilności miejskiej, prezeską Fundacji Rodzic w Mieście i prowadzącą webinarium „Jak zacząć wprowadzać szkolne ulice w Twoim mieście?”.

(Pracownia Zmiany):
Agnieszko, chciałabym zacząć od pytania, które często zadają sobie osoby zaangażowane w zmiany w przestrzeni miejskiej – kiedy po raz pierwszy pomyślałaś, że „szkolne ulice muszą wyglądać inaczej”?

Agnieszka Krzyżak-Pitura:
Pamiętam. To było wtedy, kiedy moje dzieci zaczęły chodzić do żłobka i przedszkola. Wtedy po raz pierwszy poczułam, jak bardzo niebezpieczne i frustrujące może być przeciskanie się przez zaparkowane na chodnikach samochody. Czasem jechałam z dzieckiem w wózku, a czasem korzystaliśmy z rowerków biegowych. I pomyślałam, że coś jest nie tak, że małe dzieci, które dopiero zaczynają swoją przygodę z życiem, muszą zmagać się z taką rzeczywistością. To mnie zmusiło do refleksji i działania.

(Pracownia Zmiany):
To musiało być bardzo trudne. A czy myślisz, że teraz, w 2025 roku, dzieci wciąż muszą zmagać się z takimi problemami? I jak zmienić tę sytuację?

Agnieszka:
Im dłużej pracuję przy temacie szkolnych ulic, tym bardziej jestem przekonana, że samochody wcale nie muszą być przy szkole. Co ciekawe, wśród rodziców, którzy pamiętają swoje dzieciństwo, widać, że jest pewna tęsknota za tamtymi czasami – za autonomią, samodzielnym chodzeniem do szkoły. Bardzo często słyszę od nich, że „kiedyś było inaczej” – mniej samochodów, dzieci przemieszczały się same. W rzeczywistości, w jakiej żyjemy dzisiaj, jest tych samochodów więcej więcej, ulice w zasadzie stały się pełne aut, co może być postrzegane jako naturalny porządek. Jednak, jak pokazują badania przeprowadzone w ramach projektu Szkolna Ulica – aż 80% rodziców na Mazowszu uznaje zanieczyszczenie powietrza za poważny problem. Co więcej, w 2022 roku aż 65% rodziców w Warszawie poparło postulat tworzenia szkolnych ulic. Więc tak naprawdę przekonanie rodziców do tej zmiany nie jest już takie trudne, bo świadomość jest coraz większa.

(Pracownia Zmiany):
Jakie są reakcje na pomysł zmiany organizacji przestrzeni przy szkołach? Spotkałaś się z oporem?

Agnieszka:
To ciekawe, bo najwięcej oporu spotkałam właśnie ze strony nauczycieli, którzy dojeżdżają do różnych placówek. Często są zmuszeni do parkowania blisko szkoły, ponieważ pracują w kilku miejscach, a czasem w różnych godzinach. Dyrektorzy stoją przed trudnym wyborem – jeżeli nie pozwolą nauczycielowi na zaparkowanie, mogą stracić cennego pracownika, zwłaszcza w dobie kryzysu kadrowego. W związku z tym, często zamiast zmieniać ulicę w woonerf, wybierają inne rozwiązania, jak np. instalowanie barierek oddzielających chodnik od jezdni. I chociaż bezpieczeństwo dzieci jest dla nich ważne, to niestety w tej układance przestrzennej wybierają inne metody niż właśnie zmianę organizacji ruchu.

(Pracownia Zmiany):
Czyli zmiany przestrzenne wokół szkół nie muszą być dużymi inwestycjami?

Agnieszka:
Absolutnie! I to jest chyba najfajniejsze w tej całej idei – zmiany, które mogą uczynić szkolne ulice bezpiecznymi, nie muszą wiązać się z wielkimi inwestycjami. Bardzo często na warsztatach pokazuję przykłady rozwiązań, które stosowane są na całym świecie, a które są niskobudżetowe. Czasem, te rozwiązania nie muszą być estetyczne w tradycyjnym sensie, ale są funkcjonalne, kolorowe i pozwalają dzieciom korzystać z przestrzeni tak, jak one to lubią – na przykład skacząc po małej architekturze czy zabezpieczeniach. To ważne, by dzieci mogły współtworzyć przestrzeń, co daje im poczucie sprawczości.

(Pracownia Zmiany):
Myślę, że dzieci naprawdę miałyby wiele do powiedzenia, gdyby mogły zmieniać przestrzeń wokół siebie. Czy zdarzyło się, żeby dzieci wzięły sprawy w swoje ręce i zaczęły działać na rzecz zmiany otoczenia?

Agnieszka:
Z przykrością muszę przyznać, że nie znam przypadku, by dzieci same wzięły sprawy w swoje ręce. Niestety, dzieci często czują, że ich potrzeby są ignorowane. Włączanie ich w procesy zmian przestrzennych jest trudne, bo dorosłym niełatwo zaakceptować, że dzieci mają takie same prawo głosu jak my. Dzieci mają zupełnie inną perspektywę – zwracają uwagę na rzeczy, które my, dorośli, pomijamy, i postrzegają przestrzeń inaczej, ponieważ są mniejsze, bardziej ruchliwe, impulsywne. Często zauważają szczegóły, które są dla nas niezauważalne. Dlatego tak ważne jest, by ich głos był uwzględniany, bo to oni codziennie poruszają się po tej przestrzeni.

(Pracownia Zmiany):
Na koniec, wyobraźmy sobie 2050 rok. Jak będzie wyglądała szkoła podstawowa w dużym polskim mieście? Co się zmieni w otoczeniu szkoły?

Agnieszka:
Nie chciałabym czekać do 2050 roku, raczej patrzę na cel w perspektywie 2030 roku! Takie cele wyznaczają już europejskie organizacje czy większe metropolie. W 2030 roku chciałabym widzieć zieloną przestrzeń wokół szkoły, z miejscami do zabawy, odpoczynku, a nawet spontanicznej zabawy, którą dzieci same wymyślą. Chciałabym, by była to przestrzeń przyjazna dla wszystkich dzieci – również tych z niepełnosprawnościami, z różnymi ograniczeniami w mobilności, a także dla dzieci z wyzwaniami rozwojowymi. Marzy mi się przestrzeń bez samochodów, zielona, z wodą (bo dzieci uwielbiają wodę!). Chciałabym, by była to przestrzeń bioróżnorodna, pełna życia – z małymi zwierzętami, owadami, ale też z ogrodami warzywno-owocowymi czy deszczowymi. To jest przyszłość, którą widzę, i mam nadzieję, że do 2030 roku uda się ją zrealizować.

(Pracownia Zmiany):
Dziękuję Ci bardzo, Agnieszko, za tę inspirującą rozmowę. Mam nadzieję, że Twoja wizja już niedługo stanie się rzeczywistością w polskich miastach!

Agnieszka:
Dziękuję, i ja też mam nadzieję, że razem uda nam się to osiągnąć.